List do Przyjaciela
Pytasz się, co u Ciebie?
A u mnie jest tyle nieba na ziemi, że zupełnie nie wiem od czego mam zacząć i jak zacząć powinnam tak, żeby niczemu nie odmówić pierwszeństwa, niczego nie zatuszować, nie zlekceważyć, nie urazić myślą zbyt płochą, pobieżną, przypadkową.
Żeby nie zacząć od środka, choć przecież od początku się nie da, nie pisać o rzeczach zupełnie błahych, niepotrzebnych, lekkich, skupionych na zachwytach jednostronnych wykwitłych przy drogach w pióropuszach lotek mleczy i babim lecie drażniącym pokrzywy.
W końcu też, żeby nie doprowadzić tego świata do obłędu z zazdrości, podziwu i zachwytu nad jedną kobietą, która banał zamienia w magię.
Pytasz, co u mnie. Dzień zaczynam chwilę po piątej, spadam z łóżka, wbijam się biodrem w telefon trąbiący Barego Łajta, na czworakach idę do łazienki ciągnąc za sobą kołdrę i doprowadzam się do względnego porządku na cały aktywny dzień, w którym to zdobywam warownie królów, jednym mrugnięciem oka sieję zniszczenie i pożogę, jem babki z piasku i sprzedaję kamienie; ( cegły są za dwa bukowe liście, a kawałki gruzu z pobliskiej budowy za cztery klonowe). Jeszcze przed szóstą jestem na peronie pobliskiej, pomniejszej stacji kolejowej, z panią w okienku, która często zapomina zdjąć wszystkich wałków lokowych z głowy i jeden w okolicy ucha jej czasem śmiesznie dynda. W tej godzinie wymieniamy chwilę uprzejmości, ja kupuję bilet za jedną złotówkę i osiemdziesiąt dziewięć groszy i przeskakując co dwa stopnie, co trzy, maszeruję już po chwili po małym peronie, na którym tłoczą się ludzie pracy, chłopak z neseserem, kierowca autobusu linii podmiejskich, młoda dziewczyna ostrzyżona na zapałkę i pani babcia wymalowana, jak ta lala. Znamy się już wszyscy od dwu tygodni, mrugamy sobie na przywitanie i czujemy się nieswojo, kiedy któregoś z nas brakuje. 
Po jeździe ośmiominutowej, dudniącej, tętniącej, w pociągu ciągnącym się na żyłce słońca przez zieloność i promienność pierwszych szyb otwieranych na nowy dzień, wyskakuję na jakiejś przydrożnej, przyleśnej stacyjce na Pe i pokonuję trasę wiejsko-parkową przez zboża, kwiaty, zagajnik i przejście wąskotorowe do światów niesamowitych, pierwszych, nietkniętych jeszcze dorosłością i gnuśnością. I w nich to znikam na dobre osiem, a czasem i dwanaście godzin doceniając każdą chwilę tak, jakby miała się ona już nigdy nie powtórzyć. Zresztą, przecież tylko w taki sposób umiem żyć.
Ta trasa między stacją na Pe a światem cudów jest prawdziwą celebracją Lata. To na niej słońce ma umytą, świeżą, dziecinną twarz, tuż po wygramoleniu się z pierzyny chmur, tutaj w kwiatach brzęczą włochate dupska trzmieli zapładniających filigranowe pszczoły; tu dudni wieś cała na fali kogucich porykiwań i dobrych myśli przekładających się na nieskończoność.
Jest godzina na chwilę przed siódmą, kiedy dochodzę do furtki, za którą czają się armie lwów, stadiony zwycięskich piłkarzy, złodzieje w każdej sytuacji dorwani przez prawych i odważnych policjantów, łowcy skarbów, astronauci, czarodzieje i przewoźnicy wozów z bananami.
Wsiąkam w te światy równoległe z nieukrywaną fascynacją i poczuciem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jest tu - zakładam kosmyk włosów za ucho, i wchodzę. A to przecież dopiero początek dnia. Jego pierwsze dwie godziny…
***
Jestem szczęśliwa. Oddycham głęboko, śmieję się głośno, płaczę tylko ze szczęścia. Nie jem tabletek, śpię, mam świetną figurę i satysfakcjonującą pracę; średnią pięć zero, przytulny pokój, w którym unosi się zapach męskich perfum i bitej śmietany, zdjęcia przyjaciół przy lustrze, a w lodówce ulubiony camembert.
Jestem szczęśliwa, przed szóstą mijam osiedlowych pijaczków, którzy kłaniają mi się w pas wpatrując się w mój tyłek, łapię świetliki o drugiej w nocy w piaskownicy, wieczorami piję świeży sok z cytryny i robię dziesięć kilometrów bez zatrzymywania się biegiem po okolicznych osiedlach i polach. Śmieję się z komplementów, jeszcze bardziej śmieje się z docinków, które są wynikiem kompleksów i zazdrości. Staram się zatrzymać choć na chwilę przy każdym człowieku, zapatrzyć, zasłuchać, zapamiętać. Dać z siebie jak najwięcej; od siebie wymagać, dla innych być wyrozumiałą.
Jestem szczęśliwa, mam obite kolana od codziennego spadania z łóżka, rozcięty łokieć od zabawy w strażaka, poparzony palec wskazujący i zadrapanie na policzku. Kilogram fasolki szparagowej w kuchni, upragniony film Hasa, pościel pachnącą wanilią i Mężczyznę. To dla mnie wielka rzecz; do tej pory znałam tylko facetów.
Jestem w końcu i szczęśliwa, bo po prostu jestem. Taką mnie znasz, taką mnie znasz.



# moi najbliżsi: